• Foto-01.jpg
  • Foto-02.jpg
  • Foto-03.jpg
  • Foto-04.jpg
  • Foto-05.jpg
  • Foto-06.jpg
  • Foto-07.jpg
logo2

Po słonecznym dniu, jaki wczoraj otuliło słońce cały kraj, dziś znów niebo zmieniło swoje koloryty, a wiatr z pośpiechem pędzi hen chcąc wykonać swoją normę ostatniego oddechu zimy. Przemierzając dziś rano drogę na uczelnię, dało się odczuć zmaganie klimatu zimowego z wiosennym. To zmaganie przeniosło mnie w pamięci na ołtarz dzisiejszego świętowania, św. Józefa, któremu ludzkość przypisała wiele tytułów, oddających przynajmniej rzeczywistość cząstki jego życia. Jakkolwiek byśmy nie spojrzeli na te Postać, zawsze kojarzyć nam się będzie z jego pracowitością, poświęceniem, oddaniem, bezinteresownością. Pracował – by był cieślą, służył – bo był ojcem, był do dyspozycji swej rodziny. Dziś Św. Józef jest patronem rodzin, ojców, kobiet w ciąży, Kościoła Powszechnego, umierających, robotników, ekonomistów.

Moja jednak refleksja, jaka mi się dziś nasunęła to refleksja dotycząca społeczeństwa, które dzieli się na różne kategorie. Proszę pozwolić mi, iż perspektywa własnego życia, a szczególnie ostatnich lat i miesięcy, nasuwa mi chyba dość trafny podział. Nie wnikam szczególnie w to, iż ten ostatni czas spędzony w środowisku, gdzie pracuję, obfitował w różne „bogactwa”. Trudno byłoby je wszystkie przedstawić czy zaprezentować. Nasuwa mi się jednak pewna dość długo analizowana myśl. Otóż uważam, że wokół nas, a szczególnie w niektórych środowiskach, mamy jasno sprecyzowane i istniejące kategorie społeczeństwa. Są wyraźnie oddzielne trzy grupy, które posiadają własną specyfikę i daleko różniącą się między sobą tożsamość.

Pierwsza grupa to – „w czepku urodzeni”. Ci sądzą, że mają bardzo bogaty charakter, niesamowitą osobowość, wiele możliwości, talentu, uzdolnień, ale – według ich zdania – są niedostrzeżeni, ba nawet pokrzywdzeni przez los, przez naturę jak i całe społeczeństwo. Są kwiatem przecież ludzkości, nie tylko w sensie urody. To wybraństwo rozpiera ich życie. Zawsze mają poczucie, że „do wyższych rzeczy są stworzeni”. Co prawda im wszystko się należy, na wszystkim się znają, są fachowcami od urodzenia, są niemal wybrańcami w każdym calu i w każdym wymiarze. I pomimo tego, fala smutku nie schodzi z ich twarzy. Jeśli zauważymy oznaki radości, to raczej są to skurcze twarzy niezadowolenia z czyjegoś awansu lub sukcesu. Z racji owego wybraństwa, podejmowania ciągłej krytyki wobec innych naprawdę są zmęczeni, niedowartościowani, niczym latawce na wietrze. Ich kierunek życia - to droga niszczenia drugiego człowieka. I nie ważne co na głowie mają, co w głowie posiadają, co w sercu noszą, co w ich sumieniu się kryje. Liczą jedynie na awanse, zaszczyty, karierę - bo przecież to wybrańcy. Dbają głównie a może nawet – jedynie – tylko o swoje własne interesy. Za cenę potencjalnego awansu, kariery, kupują i wręczają przełożonym prezenty, kwiaty, towarzyszą im we wszystkich wydarzeniach, spotkaniach. Byle się jakoś przykleić, przypodobać. Określani są często jako: „podlizacze”, „donosiciele”, „karierowicze”, „kapusie”, „klakierzy” – to ich nie zraża, byle tylko osiągnąć coś, co jeszcze doda im animuszu i wyżej głowę podniesie do góry. Są gotowi na kłamstwa, donosicielstwa, oskarżenia. Dla nich druga osoba żyje tylko po to, aby mogła być niszczona. Bywają wyjątki i inni przez nich postrzegani są w tym celu, by służyć „wybrańcom”. To wybraństwo jest dla nich na tyle zaszczytne, że ciągle są nim zmęczeni, bo boją się jego utraty. Mają noce nieprzespane, nasłuchują co, gdzie, kto i kiedy mówi. Rachunki za telefony też nie małe płacą. W zatroskaniu o dobre punktowanie u przełożonych lub pseudoprzełożonych, dzielą się plotkami, i byle ich więcej, byle się tylko przypodobać. O jakże ciężką wykonują pracę. To „prawdziwi bohaterowie” pracy. Już na samą myśl o jakiejkolwiek zwykłej pracy są zmęczeni. Stąd planują urlopy, wyjazdy, wojaże, spotkania. Ależ - przecież im to się należy. Są dni, gdy spotykam ich tak wielu, niczym pszczoły zrojone unoszą się nad nami. Gorzej jest, gdy ów wybraniec lub wybranka znajdzie się chwilowo sama. Zagubiona, szybko wybiegająca przed siebie, byle mieć „towarzysza” wybrańca.

Druga grupa to – tzw. „normalni”. Tu nie chodzi o ocenę ich postaw, zachowań w sensie psychologicznym. Ci żyją życiem codziennym. Podejmują pracę, różne obowiązki, zadania i starają się je wykonywać na miarę możliwości, zdolności, umiejętności. Traktują własne życie jako zadanie, a obowiązki jako wyzwanie. Pochłonięci pracą, służbą dość często zapominają o sobie, widzą drugiego człowieka, zauważają jego dobro, potrzeby i cieszą się sukcesem innych. Owszem, przychodzi czas na zmęczenie – to przecież naturalne. Powód tego zmęczenia jest jednak odmienny. Nic dziwnego w tym, że należy im się wypoczynek, marzą by chociaż na chwilę oderwać się od codzienności. Zachowują więc pewną naturalną rytmikę i tempo życia. Wyrażają radość z sukcesu innych, starają się wprost dokładać starań, by żyjący obok niego brat – siostra, byli szczęśliwi. Chociaż mają świadomość, czym jest egoizm, to w ich życiu codziennym nie jest często obecny. Jeśli poprosimy ich o pomoc, na miarę swych możliwości otwierają się i śpieszą z nią wobec innych. Można na nich liczyć. Mijam takich wielu. Żyją bowiem wśród nas. Może nie zawsze dostrzeżeni, zauważeni. I dobrze, że tacy są.

Trzecia grupa to – „szaleńcy życiowi”. Czemu się tacy rodzą? Jakie jest ich zadanie, jak jest ich misja? Tylko Stwórca nam odpowie. Ci jakby „Boży wariaci”, „zaślepieni” tym, co przed nimi i dla innych. Niezmordowani, wytrwali, zahartowani, otwarci, gotowi pomagać, służyć, ponosić złorzeczenia, upokorzenia, plotkarstwo, oszczerstwa. Ci idą i niosą okruchy połamanego przez „wybrańców” dobra.  Podejmują często walkę z głupotą ludzką, zazdrością, zawiścią i nienawiścią – a tej nigdy nie brakuje. Im więcej czynią dobra, tym więcej otrzymują zapłaty - upokorzenia. I wiem, że na tych najbardziej można liczyć. Co prawda zapracowani, ba powiedzieć należy – zaharowani – mają czas dla innych. Nigdy nie odmówią serca, czasu. Taka postawa dla „wybrańców” jest tylko wyzwaniem do walki z nimi, do ich niszczenia. Ileż to założycieli, twórców różnych dzieł takimi było. Iluż śmierć z nich poniosło, zdrowie utraciło – bo głupota nie zna granic. Dla „szaleńców” nie istnieje słowo, nie można, nie da się – lecz zawsze znają tylko jedno pytanie: na kiedy?

Święty Józefie, Szaleńce Boży – dziś czczony i w Liturgii przywoływany. Spójrz na te trzy grupy – bez wyjątku. Bowiem każda z nich ma jakąś misję do spełnienia: pierwsza na swój sposób inspiruje innych, żyje po to, by czasem dodawać motywacji. Druga, by ukazywała codzienność w świetle prawdziwego i spokojnego porządku. Trzecia, by szaleństwami dobrymi podbijała i tworzyła nowy, lepszy świat.

Amicus